poniedziałek, 27 października 2008
Wojtek: Każdy ma swojego smoka

Przebiegłem w sobotę 100 km. Kaliska Setka. Podchodziłem do niej trzeci raz, żeby wreszcie złamać 10 godzin.

Parę minut przed 6. rano w Stawiszynie się bałem. Właściwie już w piątek się bałem. Bieg na sto kilometrów przerasta granice wyobraźni, mojej też. Bałem się, że umrę na trasie, strach zupełnie irracjonalny, ale przyszedł do mnie i przyczaił się pod sercem. A jeśli nie umrę, to jak ja będę biegł przez cały dzień. To masakra, koszmar, wypalenie energetyczne i wielogodzinna jazda na oparach. Wiem, bo przechodziłem to już wcześniej dwa razy, trzy lata temu kończyłem marszobiegiem z dużą przewagą marszu (czas 10:36). Dwa lata temu było trochę lepiej, robiłem od początku Gallowaya co 5 km (na punktach z kanapkami, herbatą), do końca biegłem. Ale do załamania mitycznych 10 godzin zabrakło mi 7 minut z hakiem.

Ta setka jawiła mi się jak olbrzymi groźny smok. Naprawdę się go bałem. Naprawdę nastawiałem się nie na szybki bieg (jak przed maratonami), tylko na ciężką walkę.

Ruszyliśmy o 6. Szczegółowo opisywałem już bieg na www.polskabiega.pl, nie będę się więc powtarzał. Powiem Wam tylko, że pierwszy kryzys dopadł mnie około 40. km, kiedy organizm przestawia się już całkowicie na spalanie tłuszczu. Że zacząłem wtedy podjadać na punktach, uzupełniłem glikogen i wystarczyło mi do 65. kilometra. A na 67. było apogeum kryzysu, biegłem i jęczałem przy każdym kroku. Tempo spadło mi poniżej progu nadziei.

Wtedy postawił mnie na nogi batonik węglowodanowy (nie mylić z białkowymi) na I. Cud, zmartwychwstanie, Alleluja. Znów przyspieszyłem, do mety było już tylko 30 km. Zmieniłem Gallowaya - na przerwy co 10 km. I doleciałem do mety w 9:52:00.

To nie jest dobry czas. Po biegu siedzieliśmy przy stole w sześciu, moich pięciu kolegów to moi bezpośredni rywale na maratonach, połówkach, dziesiątkach. Oni pobiegli setkę o 30-60 minut szybciej ode mnie. Ale wiem, że mój organizm jest bardzo niewydolny na tłuszczu, z nimi się nie ścigałem.

Ścigałem się z niewidzialnym smokiem, który od startu do mety biegł każdy kilometr po równe 6 minut. I do mety dotarł w równe 10 godzin. Ja byłem osiem minut przed nim. Osiem minut, to była dla mnie w sobotę miara szczęścia.

A jak tam Polska Biega? Wiem, że Bodidudi zrobił w weekend życiówkę na 10 km. Polskabiegacze, piszcie.

12:42, wojciech.staszewski , Rady trenera
Link Komentarze (15) »
środa, 22 października 2008
jak pod Atenami....

i jeszcze trochę materiału zdjęciowego z 9. Maratonu Poznańskiego :)

   Alena...

 ... i jeszcze raz Alena

  Grzesiek i Shisha

  Magda z różą :)

  Ola - dziękująca swojemu maratońskiemu pomocnikowi

 Ola - biegnąca

 Joasia - jak widać - frunęła na ostatnich metrach

 

 i kwitnący Andrzej na mecie :)

21:35, mwalendziewska , Od redakcji
Link Dodaj komentarz »
piotr z grudziądza - maratońskie przeżycia

Piotr Wiśniewksi też przebiegł Maraton Poznański.
Chciałby się tym pochwalić na blogu, więc emalią podesłał swoja opowieść.
Oto ona:

WOJTKU – PREZESIE!!!
MELDUJĘ WYKONANIE ZADANIA!!!
 
A piszę te słowa – ja: Piot-erek, który zacząłem trenować razem z Wami, lecz powodu operacji kręgosłupa, którą miałem dokładnie siedem miesięcy temu, wybór mój padł na maraton, na miękkiej nawierzchni. Takie warunki oferował KAMUSMARATON w Toruniu. Dodatkowym atutem była niewielka odległość z Grudziądza (gdzie mieszkam) do Torunia. W sobotę 18 października już o godzinie dziewiątej pojawiłem się na miejscu startu – w leśniczówce Bielawy. Przywitał mnie Kazik Musiałowski – organizator tego maratonu. Od razu poczułem się jak u siebie. Po załatwieniu formalności okazało się, że dostałem numer startowy „4”. Pomyślałem sobie, że jest nieźle – mój numer ulubiony i do tego parzysty. Maraton jest zorganizowany tak, że dla biegających wolniej start był o dziesiątej, a dla „zawodowców” o jedenastej. Trasa liczyła sześć okrążeń po siedem kilometrów z małym haczykiem.

Nadeszła dziesiąta i wystartowaliśmy. Wiedziałem, że rozpocząć muszę powoli. Planowałem 6 minut na kilometr. Po kilkuset metrach okazało się, że takie tempo utrzymuje jeszcze dwóch kolegów. Razem było nam raźniej. Na rozmowach zleciały a raczej zbiegły nam dwie godziny, czyli dotarliśmy do półmetka. Czwarte okrążenie przebiegliśmy bez problemów , ale zauważyłem, że moje tętno wzrosło. Jeden z kolegów zmniejszył tempo, pozostaliśmy we dwóch. Z przodu biegł kolega, który założył sobie w 2007 roku, że przebiegnie 1000 kilometrów na bosaka. Patrzyliśmy na niego z podziwem, nie mogąc wydusić słowa (z powodu tego tętna). Rozpoczęliśmy piąte okrążenie. I tu zaczęło się pod górkę, choć biegliśmy po płaskim. Kolega, z którym biegłem złapał kontuzję i wycofał się. Pozostałem sam. Sam ze sobą na sam.  I to był trzydziesty kilometr. Najpierw zauważyłem, że mój oddech przypomina mały parowóz. Chwilę później, kątem oka dostrzegłem, że wyprzedziła mnie mucha. I niestety nie była to Anna Mucha, tylko owad taki. Pomyślałem sobie, że to dobrze i źle. Źle, bo skoro owad szybszy, to z  moim tempem coś nie tak. Dobrze, bo gdybym przypominał to, co muchy lubią najbardziej, to najpewniej obsiadłaby mnie i zawołała koleżanki. A jednak nie obsiadła… Pocieszając się tym poczłapałem dalej w tempie parzystym.  I na 33 kilometrze stał się cud. Cud to mój kolega z pracy - Dominik, który dublując mnie, zagadał i podholował  1,5 kilometra. A dla Dominika był to 146 maraton. W ten sposób    dotarłem do ostatniego okrążenia. Na ostatnim okrążeniu, wszystko jest łatwiejsze, bo ostatnie. Był więc ostatni podbieg, ostatnia kałuża, ostatni kilometr, noooo i …. nareszcie ostatnia prosta. Próbowałem finiszować, ale nic z tego. Partie dolne i dolno-tylne zbuntowały się. Nie chciały się przemieszczać. Na szczęście rozum zapanował nad sytuacją. W ten sposób minąłem linię mety. Tam jeszcze pamiątkowy medal, gratulacje od Dominika (bo to w końcu mój pierwszy maraton), od kolegów z którymi biegłem na dystansie, i od Kazika Musiałowskiego. Aha, jeszcze czas. Czas, który nie jest zły (życiówka przecież), bo jego największą zaletą jest to, że na wiosnę mogę go spokojnie  pobić. Tak więc po 4 godzinach i 46 minutach i jeszcze 46 sekundach dotarłem do celu. No i to już prawie wszystko. Prawie robi jednak różnicę, więc teraz czas na podziękowania dla Asi, której historia i postanowienia zainspirowały mnie. Ponieważ z Asią i Jej mężem Wojtkiem znamy się od lat, więc uważam, że to wszystko JEJ wina. Więc zaprosiłem całą  rodzinkę Sadowskich do Grudziądza, aby wypili to piwo, które Asia nawarzyła. I pewnie będą też krewetki grilowane w czosnku, podane z bazylią, aby zachować tradycję Forresta Gumpa. A niedzielę spędziłem na zastanawianiu się, czy to możliwe, że człowiek ma aż tyle mięśni? I czy możliwe jest także, że każdy mięsień boli osobno???

Pozdrawiam wszystkich, tych co biegli i tych co biec będą. Zapewniam Was, że warto…. Warto mieć cel w życiu, warto znać możliwości własnego ciała, warto poznać tych co biegają… zalet jest mnóstwo, więc do zobaczenia na kolejnych biegach…                                                                                                                    

                                                                                                                                     Piotr      

 

21:21, mwalendziewska , Od redakcji
Link Komentarze (9) »
wtorek, 21 października 2008
i o Andrzeju w płockiej "GW" po maratonie....
Przebiegł maraton

Gazeta Lokalna - Płock nr 241, wydanie z dnia 14/10/2008 Wydarzenia, str. 4

Przebiegł maraton

Jestem szczęśliwy i cudownie obolały - dzieli się wrażeniami z Maratonu Poznańskiego Andrzej Chrzanowski MARIUSZ PIOTROWSKI O wyzwaniu, jakie podjął 53-letni hodowca drobiu z podpłockiego Mirosławia, pisaliśmy w sobotę. W ciągu 13 tygodni razem z innymi uczestnikami "gazetowej" drużyny przygotowywał się do pierwszego w życiu startu w maratonie w ramach prowadzonej przez "Gazetę Wyborczą" akcji "Polska biega nawet maraton". - Nie chcę traktować tego biegu serio, myślę o nim w kategoriach przyjemności, ale marzy mi się przebiec cały dystans w czasie poniżej czterech godzin i wydaje mi się, że są na to szanse - mówił tuż przed startem w 9. Maratonie Poznańskim. I dokonał rzeczy wielkiej - przebiegł dokładnie 42 km 195 metrów w czasie 4 godziny, 2 minuty i 9 sekund. Nieźle jak na pierwszy raz. - Trzymając się terminologii narciarskiej z naszej poprzedniej rozmowy, wylądowałem prawidłowym telemarkiem, ale w pewnym momencie narty się trochę rozjechały - śmieje się Andrzej Chrzanowski. Jest zadowolony z rezultatu, choć zaczął bieg za mocno. - Dlatego zabrakło trochę do czterech godzin. Byłem podekscytowany startem, pierwsze kilometry przebiegłem na wariata. Trener założył nam tempo 5:10 na kilometr, podczas gdy ja zaliczałem pierwsze odcinki w czasie 4:30. Próbowałem włączyć stoper, ale ze zdenerwowania mi nie wychodziło i stąd takie tempo. Ze strachem patrzyłem, jak mijam kolejne grupy balonikowe pilnujących tempa pacemakerów i że biegnę z czasem, który pozwala ukończyć maratonu z szalonym wynikiem trzy i pół godziny - opowiada Andrzej Chrzanowski. Rezultatem był świetny czas na połowie dystansu - 1:47:43. Ale tempo zemściło się na 30. kilometrze, gdy pojawiły się problemy. - Wszyscy biegacze powtarzają, że tu zaczyna się prawdziwy maraton. Faktycznie, gdy dobiegłem do tego momentu, poczułem, jakbym zderzył się ze ścianą. Nagle wszystko zaczyna boleć, pojawia się taka niemoc i nadludzkim wysiłkiem człowiek posuwa się dalej. Parę razy przechodziłem w szybki marsz, chwilę odpoczywałem i udało mi się przezwyciężyć kryzys - dzieli się wrażeniami maratończyk. Miał ochotę zejść z trasy i dać sobie spokój. - Każdy przechodzi moment załamania i sztuką jest go przetrwać - opowiada. Na półtora kilometra przed metą dodatkowo mobilizowali go syn i chrześniak, którzy pobiegli tuż obok niego. Ledwo dotrzymywali kroku, ale biegli. Ostatecznie z wynikiem 4 godziny 9 minut i 2 sekundy Chrzanowski zajął w generalnej klasyfikacji 1389. miejsce 2808 startujących. - I nie tracę ducha, po dobrze przespanej nocy zapowiadam srogi rewanż w następnym maratonie, w którym zamierzam wystartować wiosną - odgraża się ze śmiechem. [autor fot./rys] TOMASZ NIESŁUCHOWSKI [podpis pod fot.] Andrzej Chrzanowski w czasie przygotowań do startu w maratonie
 
18:10, mwalendziewska , Od redakcji
Link Komentarze (1) »
piszą o nas! o Andrzeju w płockiej "Wyborczej". Przed maratonem.....

Jego pierwszy maraton Gazeta Lokalna - Płock nr 239, wydanie z dnia 11/10/2008 Wydarzenia, str. 4

[autor fot./rys] DOMINIK DZIECINNY
[podpis] MARIUSZ PIOTROWSKI

Jego pierwszy maraton

Andrzej Chrzanowski, hodowca drobiu spod Płocka, w niedzielę pobiegnie swój pierwszy maraton. Chce pokonać 42 km z hakiem w czasie poniżej czterech godzin. - I wylądować prawidłowym telemarkiem - śmieje się. - Żeby mnie nikt nie musiał znosić z trasy

MARIUSZ PIOTROWSKI

A wszystko dzięki "Gazecie". I jej ogólnokrajowemu programowi Polska Biega. To właśnie organizatorzy tej akcji wpadli na pomysł prosty, choć nieco szalony: zdecydowali, że wystawią drużynę kompletnych amatorów, którzy w ciągu 13 tygodni przygotują się do Maratonu Poznańskiego. Jednym ze śmiałków jest 53-letni Andrzej Chrzanowski, hodowca drobiu z Mirosławia koło Płocka, koordynator akcji Polska Biega w gminie Słupno.

Przyznaje, że początki były ciężkie: - Ponad 30 lat zastanawiałem się, kiedy wrócić do biegania, bo w młodości trochę biegałem [pan Andrzej zdobył kilka tytułów mistrza Mazowsza, dwa razy był powoływany do szerokiej kadry Polski w biegach średnich - przyp. red.]. Potem życie potoczyło się tak, że ze sportem miałem do czynienia tylko na łamach gazety i przed telewizorem.

Wszystko zmieniło się wraz z akcją Polska Biega. - To dało mi impuls do działania, najpierw organizowałem biegi, w których sam brałem udział, zachęciłem do biegania dzieci, wnuki, całą rodzinę. Teraz co roku biega z nami ponad 200 osób - chwali się pan Andrzej. Podkreśla jednak, że dopiero przy okazji przygotowań do maratonu zaczął biegać na serio: - Człowiek zawsze wymyśla sobie jakieś wymówki. Potrzebowałem silnego bodźca, żeby zabrać się solidnie za siebie. Zbliżał się dzień startu, wszedłem więc w rytm treningowy. I teraz nie ma zmiłuj.

Córka Karolina chwaliła już tatę na łamach "Gazety": - Byliśmy z bratem przekonani, że jego zapał opadnie, gdy zacznie się olimpiada. Odezwie się któraś z jego dolegliwości i ze spokojem zasiądzie przed telewizorem. Nic takiego się nie stało i to było pierwsze zaskoczenie. Trenuje, z satysfakcją spogląda na wagę i rzuca złośliwe uwagi na temat naszej tuszy i braku ruchu. Po jego stronie są wnuki. Natalia przydzieliła mu wczoraj mikroskopijny kawałeczek szarlotki, mówiąc: "Dziadku, ty teraz nie możesz jeść słodyczy".

Dziadek małej Natalii wspomina trudne początki treningu: - Dokuczała znaczna nadwaga i bóle stawów, mięśnie nie były przygotowane do tak dużego wysiłku. Na szczęście Wojtek Staszewski [dziennikarz "Gazety" oraz koordynator i trener maratończyków debiutantów - przyp. red.] mądrze nas poprowadził. Miarowo wchodziliśmy w trening - opowiada nasz rozmówca. - Ale były też chwile zwątpienia. Pogoda bywała kapryśna, a tu trzeba było pokonywać kolejne bariery, były obowiązki rodzinne i praca. Miałem też okres przesilenia, kiedy odniosłem dość kłopotliwą kontuzję śródstopia. Ale zacisnąłem zęby i trenowałem prawie na jednej nodze, bo nie chciałem tracić kolejnych dni.

Pan Andrzej przez pierwsze tygodnie biegał po ok. 5 km dziennie w łagodnym tempie, potem zaczęły się specjalistyczne interwały, trening siłowy, szybkościowy i wytrzymałościowy, wszystko zgodnie dostosowane do planu i wskazówek, które przychodziły z Warszawy. W ostatniej fazie przygotowań Chrzanowski przebiegał ok. 50 km, trenując cztery-pięć razy w tygodniu.

Niezależnie od tego, jak zakończy się jego start w maratonie, Andrzej Chrzanowski już wygrał. W czasie przygotowań stracił na wadze dziesięć kilogramów.

- Początkowo rodzina zachęcała mnie i dopingowała do dalszego wysiłku, ale potem przeważała troska i radzili, żebym sobie odpuścił - śmieje się przyszły maratończyk. - Uważali, że tak duża strata masy w moim wieku nie jest dobra. Ale czuję się znacznie lepiej.

Biegowa próba generalna odbyła się trzy tygodnie temu - bieg w Pucharze Maratonu Warszawskiego na 25 km, który ukończył z wynikiem 2 godz. 9 min.

"Zaskoczyłem nawet siebie. Żona podawała mi napoje i niczym trener bokserski na każdym okrążeniu wyciągała do mnie ręcznik, a ja wciąż mówiłem, że jeszcze pot mnie nie zalewa. Biegło mi się doskonale, trzymałem równe tempo. Uciąłem sobie pogawędkę z Justyną Kowalczyk, uczestniczką sztafety Polska Biega do Krakowa, a potem długo trzymałem się gen. Romana Polki. Na końcówce dołożył mi dwie minuty. Następnym razem ja mu dołożę" - dzielił się wrażeniami na łamach "Gazety".

Jak będzie teraz? - Jest trochę niepewności. Nie chcę traktować tego biegu bardzo serio, myślę o tym w kategoriach przyjemności. Ale marzy mi się przebiec cały dystans w czasie poniżej czterech godzin i wydaje mi się, że są na to spore szanse. Dobrze przepracowałem kilka tygodni. To będzie dla mnie spore wyzwanie, bo nie zamierzam przestać trenować, ostatnie przygotowania zmobilizowały mnie do utrzymania tego sportowego trybu życia - śmieje się pan Andrzej i dodaje, że chciałby wylądować na mecie prawidłowym telemarkiem. - Żeby nikt mnie nie musiał znosić z trasy.

mariusz.piotrowski@plock.agora.pl

[autor fot./rys] DOMINIK DZIECINNY

[podpis pod fot.] Andrzej Chrzanowski pobiegnie w poznańskim maratonie

18:09, mwalendziewska , Od redakcji
Link Dodaj komentarz »
Gazetowa drużyna = prawie jak drużyna Lorda Vadera ;)

 no sami zobaczcie - w tych złotych płaszczach wyglądają jak z "Gwiezdnych Wojen" :)))

  Przemek

 Robert

  (tajemnicza) Ola

 Wojtek

 Joasia

 Grzesiek

 

17:37, mwalendziewska , Od redakcji
Link Dodaj komentarz »
i jeszcze kilka zdjęć :)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Poznań, 12 października 2008 r. 
9. MARATON POZNAŃSKI - start. 
Po prawej stronie widać lazur wód Malty.

 

Wojtek Staszewski, trener "Gazetowej drużyny" (nr 42) na wirażu w centrum miasta

 

Oni też dobiegli do mety. Wyobraźcie sobie: 42,195 km w takim ubranku! MOCARZE!

 

...i chyba wszyscy maratończycy i kibice poznają tę panią. Gratulacje!

17:18, mwalendziewska , Od redakcji
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 października 2008
czas szybko leci....

...wspomnienia ulatują, twarze się zacierają......
Dlatego kilka zdjęć z Maratonu Poznańskiego nie zaszkodzi.
Z pozdrowieniami od ekipy POLSKA BIEGA :)


oto kawałek drużyny POLSKA BIEGA NAWET MARATON. Stoją od lewej: Grzesiek Boguta, Małgorzata Smolińska (smoła), PAN TRENER (Wojtek Staszewski), sfx (wierny blogowicz maratoński z Koszalina) z synkiem, Magda Żakowska, Andrzej Chrzanowski, Kamil Dąbrowa (TOK FM), Bogdan Dudzik i Robert Korzeniowski. W dolnym rzędzie stoją od lewej: pies Ashi i suczka Shisha (autentyczne maratońskei husky)

Niecierpliwe oczekiwanie przed startem. Od lewej: Bogdan (w czarnej koszulce, z profilu), Ola (czerwona bluza, ostatni łyk przed startem), Alena (tyłem) i Małgorzata Smolińska (czy muszę pisać, że z tabliczką POLSKA BIEGA?). Po prawej stronie widać fragment czerwonego samochodu poznańskiej redakcji "Gazety Wyborczej". Dziękujemy poznańskim dziennikarzom za wsparcie, a zwłaszcza Marcinowi Krupce, który w tym samochodzie przesiedział ponad 7 godzin i pilnował Gazetowych drobiazgów :) Na szczęście musiał się uczyć do egzaminu z historii powszechnej, więc z entuzjazmem dał się zamknąc na tak długi czas w samochodzie.
Egzamin został zdany w zeszłym tygodniu. Gratulacje, Marcinie :)

Beatko, a to Ty!!!

 

tak biegli....

 

ten maratończyk szczególnie przypadł kibicom do gustu. prawdziwy twardziel :)

21:08, mwalendziewska , Od redakcji
Link Komentarze (19) »
piątek, 17 października 2008
o Bogdanie

Na oficjalnej stronie miasta Kluczbork jest informacja o starcie Bogdana: http://kluczbork.pl/bip/informacje/aktualnosci/index.php?x=1342#1342

Łał! piszą o nas!

17:03, mwalendziewska , Od redakcji
Link Komentarze (8) »
czwartek, 16 października 2008
Ola: moje dobre duchy

Pierwsza była Joasia Sadowska z naszej „gazetowej” ekipy biegackiej.
Gdzieś w okolicach 19 km, na końcówce pierwszej pętli, gdy miałam już serdecznie dość, gdy zdublowali mnie zwyciezcy Kenijczycy, gdy świat nie wydawał się tak piękny jak jeszcze dwie godziny wcześniej. Gdy Asia do mnie dobiegła, powiedziałam jej, że zaraz się żegnamy, bo ja odpadam. I tu Asia stanęła - ale nie w biegu, lecz na wyskości zadania :) Dostałam klasyczny ochrzan z elementami motywacji, w stylu: to po to trenowałas tyle tygodni?! to po to zwalczyłaś anginę?! to po to startowałaś, żeby sobie teraz odpuścić?! Na moje, że nie mam już siły, usłyszałam, że przecież moge sobie iść. Asiu! To dzięki Tobie poszłam. I jeszcze raz bardzo Ci za to dziękuję.

A gdy już tak sobie szłam i szłam, niedaleko Starego Rynku, przy Kupcu Poznańskim znów pojawiły się dobre duchy - rodzice mojej przyjaciółki z harcerstwa Gosi. Taka niespodzianka! Już nie pamiętam, kiedy się ostatni raz widzieliśmy inaczej niż na „dzień dobry” w przelocie, na jakiejś poznańskiej ulicy. Radość moja była więc wielka, a wola walki na ostatnich metrach maratonu jeszcze większa, gdy - już razem z Gosią - moje dobre duchy pojawiły się raz jeszcze nad Maltą. Że Wam się chciało, Kochani!

Po drodze, na Śródce, czekała na mnie jeszcze Olga. Naprawdę jestem szczęściarą! Bo nie każdemu (może poza zawodowymi sportowcami) trafia się masażysta, który zagrzewa ich do walki już w czasie boju/wyścigu/dramatycznych zmagań z własnymi słabościami.

Była jeszcze butelka niebieskiej powerady na 35 km. Marcinku, dzięki! Byłeś wszak w pracy, mogłeś zapomnieć, ale dotrzymałeś obietnicy.

Jasinkowi i Wojteczkowi dziękuję zaś za ich entuzjazm. Za to najprostsze pod słońcem pytanie już na drugiej pętli - „Dlaczego ciocia idzie, skoro wcześniej biegła?” - które, co tu kryć, dodało mi skrzydeł.

No i nauczyciel wuefu z podstawówki (dziś pan Roman pracuje w Gimnazjum nr 24, gdzie ma grupę wiernych fanów, którzy - widziałam to! - wsparli go na ostatnich metrach maratonu). Mówił, że jest pełen podziwu. Ja też. Dla niego, dla pani Marioli i pani Janiny. Bo zawsze byłam nogą z wuefu, a ci nauczyciele wpoili mi to, co najważniejsze: nie musisz być mistrzem świata, ważne, by w ogóle się ruszać.  

Wyszło trochę jak na oscarowej gali, ale co tam! Pierwszy raz w życiu pokonałam maraton, więc mogę sobie pozwolić :)

  

19:58, aleksandra.przybylska , Aleksandra Przybylska
Link Komentarze (4) »
9. Maraton Poznański - czy widzicie siebie?

NAPISZCIE, CZY W TYM TŁUMIE UDAŁO WAM SIĘ SAMYCH SIEBIE ODNALEŹĆ.

Gratulacje dla tych, którzy zaczęli i dla tych, którzy skończyli.
Dla kibiców też :)

 

16:56, mwalendziewska , Od redakcji
Link Dodaj komentarz »
jak było w Poznaniu (zdjęć ciąg dalszy)

 

BOGDAN DUDZIK (41) udzielił przed startem
kilku ożywczych porad Robertowi Korzeniowskiemu, a potem przybiegł na metę w doskonalym czasie 3:35.35

 

 

 

 

 

 

 

BOGDAN zajął w klasyfikacji generalnej 547. miejsce!



GRZEGORZ BOGUTA i suczka Shisha (oboje jako nr 49) sekundę przed metą. Na pierwszej pętli maratonu Grześkowi towarzyszył pies Ashi. Cała trójka szczęsliwie zmieściła się w sześciogodzinnym limicie czasu, mimo poważnej kontuzji kolana (pana, a nie psów). Psy wzbudzały na trasie ogromne zainteresowanie. Zrobiono im chyba więcej zdjęć niż zwycięzcy, Mathew Kosgei :)

MAGDA ŻAKOWSKA (48) - walka nie była łatwa, wynik nie jest zły :)

 

ANDRZEJ CHRZANOWSKI (46) - tak biega koordynator "Polska biega"! 

16:54, mwalendziewska , Od redakcji
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 października 2008
Joanna: DoMaratonowałam i 5 godzin "złamałam"! W Życiu nie ma Rzeczy niemożliwych...

Wspominam ten dzień, kiedy oczętami przerzucam
kolejne kartki Wyborczej Gazety i nagle mój wzrok przykuwa artykuł a w nim "konkurs", w którym "GW" czeka  na 5 "Śmiałków" do drużyny akcji Polska Biega nawet Maraton. Boże! To o mnie - myślę... Przecież już dawno, tzn. 2,5 roku temu, kiedy Kuba  urodził się w 34 tygodniu z wadą genetyczną (sześć paluszków przy prawej dłoni), obiecałam Panu Bogu, że jeśli będzie zdrów, przebiegnę Maraton...Teraz miałam tylko napisać: imię i nazwisko, wiek i dlaczego to ja mam zostać przyjęta do "Gazetowej Drużyny"... Napisałam. Tak zaczęła się Wspaniała Maratońska Przygoda aż do...

Piątku 11.10.08 około godz. 17.00, kiedy to  po popołudniowej przedMaratonowej drzemce oddzwaniam na wyświetlony numer komórki. Zgłasza się Miły Męski Głos, od Którego bezpośrednio otrzymuję  "5 P", czyli Pięć Praktycznych Porad Piotra Pacewicza:

1. Posłuchaj w czasie biegu swojego ciała [dobrze, ze nie mężą :)] i w takim tempie biegnij  (proponowanego przez trenera Wojtka czasu nie bierz jako bezwzględnie koniecznego do uzyskania, po prostu przebiegnij Maraton)

2. Poobcinaj bardzo krótko paznokietki u nóg, dokładnie opiłuj pilnikiem [mój pedicure przestał istnieć!!], posnmaruj stopy tłustym kremem do stóp wieczorem i rano przed biegiem

3. Posmaruj tłustym kremem ( wazeliną ,itp.) miejsca na ciele wrażliwe na otarcia

4. "Popijaj i pojadaj" w czasie biegu ( wodę, izostary itp, odżywki i banany)

5. Powodzenia!

Teraz spieszę się bardzo. Do 18.00, czyli do Drużynowego  spotkania w hotelu "Novotelu" tuż tuż a ja jeszcze w domu a jeszcze Sonia prosi mnie, aby zawieźć ją w jakieś ważne miejsce, niezupełnie po drodze. Jedziemy obie. Dzwonię do "Smoły": Małgosiu, sorry, ale będę chwilę po 18". Słyszę jej głos w słuchawce. Joasia?!, nie przejmuj się. Jestem gdzieś w Poznaniu, wracam już trzema tramwajami ze Starego Browaru a ten Novotel jakby coraz dalej:) Jakim tramwajem mam jechać? Małgosiu, nie wiem, od ponad 15 lat nie jeżdżę tramwajem- odpowiadam.Szybko pytam Sonię i przekazuję Małgosi namiar na właściwy numer "bimby".Po drodze wysadzam Sonię i oddzwaniam do Małgosi: Gdzie jesteś? Na przystanku Kórnicka-mówi. OK, będę za ok. 7 minut. Trzymaj goździk w butonierce:) żebym mogła Cię rozpoznać-dodaję. Z piskiem opon wjeżdżam na chodnik przy przystanku Kórnicka. Małgosia macha kolorową torebką. Tak po 13 tygodniach maratonowych rozmów telefonicznych poznałam Smołę! Po kobiecemu, w hotelowym holu , spóźnione z lekka mamy tzw. Wejście, ponieważ Drużyna już  siedzi w komplecie ( bez nas) i toczy maratońsko - biegowe rozmowy. Przy powitaniu od razu wiem "Who is who" i  mam wrażenie, że znamy się od "100 lat". Gadamy jeden przez drugiego... Całe szczęście Wojtek ze swoją trenerską charyzmą przebija się przez "tłum" i układa w spójną całość poplątane, przedbiegowe myśli "Zawodniczej Maratońskiej Drużyny Gazetowej".  Potem odbiór pakietów z numerami i chipami do pomiaru czasu, mała makaronowa "przegryzka" i powrót do domu. Ja pojechałam jeszcze na spotkanie "do ks. Jana". O godz.21.00 mijał tydzień od momentu Jego "Odejścia". Tam Wojtek, mąż mój,  przekazał naszym Przyjaciołom, którzy to  zamierzali mi kibicować następnego dnia, mapki z trasą Maratonu, przygotowane butelki z Izostarem i  babany.

Zawirowania zawodowe i stres przedstartowy sprawiły, że w objęcia Morfeusza wpadłam dopiero ok.północy a budzik postawił mnie na równe, nieobolałe jeszcze nogi punktualnie o 7.00. Lekkie śniadanie, jak przykazał trener Wojtek S. (takie jak zwykle+ banan) i w drogę nad Maltę. Spieszę więc na poranne drużynowe, przedstartowe spotkanie, ale wczorajsze i dzisiejsze "napajanie" daje o sobie znać i chcąc nie chcąc najpierw spotkanie z Toi-Tojem. Czekam więc w kolejce i toczę pogawedkę z Wojtkiem, mężem moim. Nagle Pani stojąca przede mną odwraca się i pyta: Pani ma na imię Asia. Tak, odpowiadam. Poznaję panią po paznokciach!!Czytałam pani blogi.Nie mylę się, prawda?!To Pani?! Mam na imię Alicja. Mam 36 lat i dziś to mój trzeci Maraton...I tak Toi-Tojowe spotkanie przeradza się w dłuższe opowiadanie... Przed startem Drużynowe spotkanie.Na głowę zakładam chustę "Wyborczą" ( "dostaną" od Smoły!),  mam okazję z nieskrywaną radością  uścisnąć dłoń Korzeniowskiego i w-ce prezydenta Frankiewicza. Na starcie stoję obok "drużynowego" Grzegorza Boguty i jego huskiego "Asa". Startujemy! Biegnę z Grzegorzem i Asem "Baraniakiem", ciągle myśląc: tylko nie za szybko!Aśka,"zabawa" w Maraton zacznie się dopiero na drugim okrążeniu..Aśka trzymaj siły!-myślę. Mijają nas kolejne baloniki: na 4:00, potem 4:15 i 4:30,gdy nagle słyszę:" Mamo, mamo!" To Sonia dotarła już do skrzyżowania przy Malcie i  mnie dopinguje! Ucieszyłam się ogromnie!, ponieważ "umawiałyśmy się" dopiero na Śródce. Pogoda piękna, nogi "niosą same" niezbyt szybko, jak "ciało dyktuje" a pulsometr kontroluje tętno (152-155)  i tak biegniemy: Grzegorz, As-Husky i Ja miło "pogadując" i odwzajemniając serdecznie wspierające pozdrowienia kibiców. Nie zapominam o moich "Małych Intencjach" w "Wielkich Sprawach".Ok. 10 -11 km Asik- Husky zapragnął wody i trawki (nie mylić z trawką), pobieżyłam więc  swym truchtem na 153 tętnie w kierunku Śródki. Już mnie wypatrywała Córeczka Sonia z Izostarm i bananem. Tym sposobem pierwszą "pożywkę" mam za sobą. Przed sobą jeszcze ponad 30 km...Dobiegam do połowy Warszawskiej. Tam czeka już na rowerze Wojtek ( mąż mój) z H2O i kolejnym Izostarem. Ze strachu przed skurczami mięśni, "dopajam się" Izostarem na każdym "wodopoju". Za chwilę niepostrzeżenie z tłumu wyłania się nasz przyjaciel Tomek Ł. i wręcza mi kolejny Izostar. Potem Browarna. Gdzie nie spojrzę, Tomek . Jest znów. Super! Pyta czego potrzebuję. Przy Kurlandzkiej a potem na Chartowie czeka Wojtek z wodą. Jak " Motyl" (trochę przyciężkawy), dobiegam do Baraniaka.Czas: 2:16. Niezbyt szybko, ale zostawiam siły na drugą "rundę". Tam doganiam Olę. Schodzę, kończę - mówi Ola. Nie, Ola nie możesz  tego zrobić! Ola! Tyle wysiłku, treningów, trudu, potu, przezwyciężyłaś nawet te głupie Anginy. Spójrz jak pięknie! Zobacz, w 2:15 przebiegłaś ponad 20 km. Zostało Ci aż ok. 4 godzin na kolejne już tylko 20 km. Krajanko! Obiecaj mi, że w każdy możliwy sposób, ale przybędziesz do Mety i ukończysz Maraton! Usłyszałam ciche" Obiecuję" w momencie, gdy niedaleko hotelu "Park" zobaczyłyśmy, a właściwie usłyszałyśmy krzyczącą z całych sił Smołę: Dawaj! Dawaj! Super! Tak trzymajcie!  Za chwilę spotkałam Wojtka na rowerze i Sonię. To był ok. 21 km. Pojadłam pierwszą odżywkę jednorazówkę ( strasznie słodki "jux"!), zapiłam H20 i z towarzyszącym mi na rowerze przyjacielem Ortopedą Olkiem Cz. potruchtałam na 22 i kolejny kilometr.  Jeszcze nad Maltą kibicowali mi Kubowie wraz z Jakubem, chrześniakiem moim oraz Kosiki ( tym razem Kasia z Maurycym, ale Paweł dawał znaki z wernisażu w Puszczy "Białowieszczańskiej").  A kilometry powoli stawały się coraz dłuższe:).... nogi coraz cięższe...a Achillesy coraz boleśniejsze... Na Garbarach ( już po raz kolejny) kibicowała mi Małgosia ( mama Pawła Wichłacza -  Maratończyka, który ukończył Maraton jako 256 a wcześniej startował jako i Ja w Półmaratonie w Gnieźnie). A na Podgórnej czekali i krzyczeli : Aśka, Aśka nasi przyjaciele Bogna i Zbyszek P. z Izostarem, banankiem i chusteczkami higienicznymi dla mnie ( chusteczki nieodzowne - nadal nie potrafię "na budowlańca"!). Na Starym Rynku po bruku było coraz gorzej, ale "Wierna Grupa Wsparcia" z Doktórką Elą, Witkiem,Marysią (żona Pawła W.) i wnukami: Krzysiem i Piotrusiem, głośnym dwizdaniem w gwizdek i okrzykami: Aśka, Aśka, nie pozwolili mi zwolnić ani na chwilę. Po tym "dopingu" biegnący obok Maratończyk mówi do mnie: O! Profesjonalistka biegnie z nami. Fajna "profesjonalistka", tylko nogi nie chcą " ciągnąć".-odpowiadam. Mijam kolejne wodopoje i zespołymuzyczne i jeszcze mam siłę ruszać biodrami w takt muzyki, cieszyć się biegiem samym w sobie, ale kolejne kilometry są coraz trudniejsze. Olek mnie nie opuszcza. Cały czas jedzie obok na rowerze. W lewym udzie zaczynam czuć lekki skurcz. Olek, co mam robić? Zmień rytm biegu, odchyl się do tyłu i pij Izostar, mówi. Brzuch mnie boli od tego Izostaru -odpowiadam. Brzuch wytrzyma, nogi nie. Pij Izostar!! I bananka, proszę - mówi.Olek. I muszę zjeść banana przy najbliższym wodopoju, brr. Mam prosbę, na najblizsze imieniny nie kupujcie mi bananów ani Izostaru!  Na Śródce znowu czeka Sonia, potem na chwilę Wojtek na rowerze i Tomek Ł. Olek jedzie rowerem obok mnie i co chwilę podaje mi Izostar. Cały czas biegnę! Jest coraz trudniej, staram się trzymać rytm. Tętno pod górkę 155-156. Na Warszawskiej spotykam juz po raz drugi, poznaną wześniej przy Toi-Toju, Alicję. Chwilę biegniemy razem. Na końcu Warszawskiej żegnam się z Olkiem. Dzięki Ci Wielkie za tę wspólną "podróż". Potem powoli ,z trudem, ale cały czas biegnąc przesuwam się w kierunku Mety! Kryzys dopada mnie na 34 km. Płuca mogą, ciało też, ale nogi coraz gorzej!  Są coraz cięższe, bolą, odpadają wręcz, czuję drobne przykurcze  a Achillesy wyją z bólu. Mam ochotę iść pieszo, tak jak wiele spośród osób, które mijam. Kolejna "Mała Intencja" wraz z pokrzykiwaniem na samą siebie: nie przyszłaś tu iść Maratonu, tylko Go przebiec! Rusz tyłek, Aśka! Ciężko... Wtedy przypomniały mi się ulubione:) interwały treningowe, zalecane przez trenera mego Wojtka Staszewskiego. I jak je wówczas przeklinałam. Wojtku, po stokroć dziękuję Ci z wszystkie interwały, podbiegi, długie wybiegania i wszystkie inne treningi aż do kresu wyczerpania...!! Dziś dały mi siłę "trzymać rytm" na 151-153 tętnie na 33- 37 kilometrze i "truchtać" do Mety. Tak w amoku minęłam Kurlandzką, gdzie ponownie był Wojtek i Ania Ł. z pieskiem Wektorkiem. Przy Chartowie zespół muzyczny grał " Nie mogę Ci wiele dać..." a ja ruszłam pupą i w próbie tańca maratońskiego truchtając, dogorywałam. Wpadłam w chartowską uliczkę przy Statoil, gdzie powitali mnie ponownie Wojtek ( mąż mój), Ania Ł. i Jola R. ( Kaziu, chorobowo odpoczywając trzymał za mnie kciuki w domu). Biegnąc tędy myślałam: to moje nie tak dawne tereny, jetsem u siebie, tu mieszkałam i biegałam nad Maltą. Muszę biec!! Muszę!! Na Baraniaka , gdzie wbiegłam po raz trzeci czekał Wojtek Staszewski krzycząc: Aśka, biegniesz cały czas w równym tempie. Dawno nie widziałem takiej determinacji. Jeśli utrzymasz tempo do Mety, "złamiesz" 5 godzin! W tym momencie zobaczyłam Anię Ł. - wołała: "Aśka, Ty nie biegniesz, teraz  ks.Jan niesie Cię na barana!" Nie mogłam zwolnić ..! Od tej chwili biegł też ze mną Kuba K. cały czas hamując moje przyspieszające "zapędy"., których po skręcie nad Maltę nie mogłam już pohamować i biegłam coraz szybciej.. Przecież Meta tak blisko..: 400m, 300m, 200, 150m- zaczynam biec coraz szybciej, mostek nad Cybiną i "sprint" z górki na Metę! Biegnę! Lecę! Frunę z rękoma wyciągnietymi ku górze ( za mną "Sfx)i wydzieram się ile sił w głosie:Dobiegłam! Dobiegłam!Dobiegłam! Widzę kibicujących i słyszę:" Aśka, Aśka" - moich Rodziców, Sonię i Kubusia, Kubów, Małgosię i Sebastaina, Joasię i Darka, Asię (rehabilitantkę) z Mężem. W tym momencie wpadam w objęcia Super Kibicującej Smoły! Małgosia cieszy się ze mną tak, jakby sama przed chwilą ukończyła Maraton!! Ściskam mocno Kubusia i Sonię:" Mamo, jesteś super! Dobiegłaś i to w jakim stylu, w jakim tempie!" - mówi moja Córeczka z Kubusiem na rękach.W czasie Maratonu Sonia pieszo przeszła chyba z 10-12 km wychodząc mi na przeciw w pięciu różnych miejscach. Ściskam Rodziców- wyglądają na dumnych! i Przyjaciół- wierzyli we mnie! - Dziękuję Wam bardzo za to, że byliście tu obok mnie i ani na chwilę nie zwątpiliście!  Za chwilę rowerem obok Mety wjeżdża i wita mnie Wojtek:"Jestem z Ciebie dumny. Kocham Cię!"- Dla tych słów warto przebiec Maraton..! Przybywa Ania Ł. oraz Bogna i Zbyszek P. Radości Wspaniałej, Uśmiechom, Uściskom i Podziękowaniom, pomimo szalenie bolących nóg i Achillesów, nie ma końca. Siadam na ziemi. Moje nogi "odpadają"!!Wojtek mówi, ze jak odpadną, postawimy je "ozdobnie" na kominku. Aśka robi lekkki masaż moim "pęcinom", ja w tym czasie prawie "eksploduję" z bólu. Podnoszę się z niemałym trudem i wiedziona po rękę przez Sonię i Kubę zmierzam w kierunku samochodu, po który to już Wojtek pojechał. Z ich i Tomka Ł. pomocą wsiadam do samochodu i wracamy do domu. Potem kąpiel. Pierwszy, najgorszy ból nóg mija. Kładę się pod kocyk, ale z radości i emocji nie zasypiam. Wieczorem na tzw. maratońską lampkę wina przybywają nasi przyjaciele. Robię rundkę truchtem wokó salonu. Wszyscy się śmieją.Od Ani i Tomka Ł. dostaję statuetkę Maratończyka:" Dla Joasi w dowód uznania i przyjaźni za podjęcie trudu i start w Biegu Maratońskim od Ani i Tomka". Płaczę!...

Pięknie dziękuję Mojemu Wspaniałemu, Kochanemu i Wyrozumiałemu Mężowi Wojtkowi, Mojej Kochanej Córeczce Soni i Mojemu "Ciudo"-Kubusiowi, przez którego pomysł i obietnica Przygody Maratońskiej ujrzała światełko w tunelu..za  wiarę we mnie, wsparcie w postanowieniu i przygotowaniach i za super kibicowanie!!

Bardzo dziękuję Najwspanialszemu Trenerowi Wojtkowi Staszewskiemu za to, że nauczył mnie biegać, czerpać radość z biegania na długich "wybiegach", za wszystkie plany treningowe, interwały i podbiegi, wybiegi, PBS-y i "sioódme" treningowe poty. Dziękuję za wszystkie wskazówki, uwagi, informacje i sugestie, które razem z "5P"- Piotra Pacewicza, pozwoliły mi przygotować się, stanąć na starcie pobiec, przetrwać, przeżyć, dotrzeć do Mety, ukończyć i zostać Maratonką! Dziękuję Małgosi vel Smoła za wszystkie rozmowy mobilizująco-wspierające, za kobicowanie obezwładniające! Dziękuję  Alenie, Oli, Magdzie, Grzegorzowi, Bogdanowi, Andrzejowi i Przemkowi za wspólne Drużynowanie, na blogu i w Biegu Maratońskim Wspieranie!

Dziękuję całej mojej Rodzinie, Przyjaciołom i Sympatykom ( również blogowym!), którzy nie mogąc być w Poznaniu i nad Maltą, duchowo uczestniczyli w biegu razem ze mną, trzymali  za mnie kciuki, wspierali mnie w przygotowaniach i wierzyli, że dotrwam w postanowieniu do Mety!

"Audaces fortuna iuvat"- Śmiałym szczęście sprzyja, dlatego cieszę się, że odpowiedziałam na zapytanie o 5 śmiałków, znalazłam się  w Drużynie Gazety Wyborczej, wzięłam udział w akcji Polska Biega nawet Maraton i dzięki temu miałam szansę, możliwość, radość i przyjemność przeżyć tak Niezapomniane Chwile i Wspaniałą Przygodę Życia!! Dziękuję Wszystkim!!

 

04:11, joanna-sadowska , Joanna Sadowska
Link Komentarze (4) »
wtorek, 14 października 2008
Przemek: - 4,49 z groszami

Wszyscy pytają: ile, ile.....
Więc umieściłem to w tytule i kropka. Nie o wynik chodzi. Cieszą mnie za to pytania: czy dotarłes do końca. Dotarłem. Dotarliśmy.

Rejs był burzliwy. O ile na początku wiatr wiał w żagle, słońce świeciło i pewnie około godziny po prostu brnąłem przed siebie, o tyle później żywioł dał o sobie znać - a to kolka, a to kostka, a to biodro... Ale to jeszcze nic. Pierwsze okrążenie z czasem 2,06 dało nadzieję na rychły koniec. I wtedy przyszło to wstrętne pytanie: po co? Wlazło w stopy, potem w nogi całe ciało, spowalaniając ruchy, każąc się zatrzymać, zmuszając do przemyślenia sensu tej wyprawy. Przyszło to, czego najbardziej sie obawiałem - perspektywa przebrnięcia po raz drugi przez te sam krąg długich prostych, podbiegów czy kocich łbów zniechęcała. I jescze to drętwienie lewej ręki i spuchnięte palce dłoni.

Kiedy wróciła nadzieja? Na ostatnich kilometrach. Wtedy niosła mnie myśl: stary, im prędzej dobiegniesz, tym prędzej sie to skończy. Ostatnie kilkadziesiąt metrów to juz był lot. Okręt, którym już nieugięcie zmierzałem do Nowego Lądu, zmienił się w powietrzy statek. Facet, który czasem szedł, bo nie miał siły biec, a gdy zaczynał znowu biec, walczyc musiał z bólem kostek - ten sam facet miał w chwili minięcia mety tyle sił, że spokojnie przebiegłby jeszcze sprintem 100 metrów. Na sczęscie nie musiał sprawdzać czy to wrażenie miało jakiekolwiek podstawy.

A potem - kąpiel, odkrycie ze zdziwieniem, że na stopach nie pojawił sie żaden nowy krwiak czy pęcherz, tępy ból głowy i odczuwalny do dziś ból mięśni.

Czy było warto? Tak. Czy powtórzę to jescze kiedyś. Dziś mówię stanowczo: nie. Ale jutro będzie jutro :-)

21:14, przemyslaw.poznanski , Przemysław Poznański
Link Dodaj komentarz »
Alena: gotowe;)

Zebrałam się do napisania morza tego, co przeżyłam,

co czułam podczas naszego pierwszego, fantastycznego maratonu;)

Nie do wiary ze już to zrobiliśmy!

Hurrrrrrrraaaaa!

Dla mnie wszystko się zaczęło w sobotę rano, kiedy niewyspana po imprezie zaczęłam się zbierać w podróż do Poznania. Nie wiedziałam co mam robić, co spakować, chodziłam z kąta w kąt;) Już wiedziałam że nikt nie jedzie ze mną i jeszcze nie wiedziałam dobrze to czy nie. O ile uwielbiam się pakować przed wyjazdem, nigdy nie zapominam niczego, biorąc niezbędny minimum, o tyle w sobotę zapomniałam nawet zegarek, założyłam nie te buty i nie wzięłam opaski do wycierania potu;)

Ale ok., bilet, kawa w bardzo przyjemnym towarzystwie – i już jadę.

W hotelu dopada mnie ten sam obrazek co zawsze na zawodach: tłumy wysportowanych, z fantastycznymi mięśniami i pięknymi ciałami osób. Zawsze zadaję sobie wtedy pytanie: ”co ja TU robię???”

Małgosia już na miejscu, Wojtek też, i to uspokaja;) Tak niesamowicie przyjemnie było was spotkać..widziałam was po raz pierwszy, a nie czułam żadnej bariery.. Magda i Ola są takie malutkie i drobne – to pierwsze co rzuciło się w oczy;) W otoczeniu niekończących się pytań do Wojtka idziemy po numery startowe i na pasta party. To wszystko pamiętam słabo, po dwóch porcjach makaronu idę spać i śpię jak zabita. Jeden szczegół – nienawistna woda! Wypiłam te półtora litra, skoczyło mi ciśnienie, rano nie mogłam na nią patrzeć.

Rano tak trzęsły mi się ręce że nie potrafiłam otworzyć słoiczek z dżemem podczas śniadania;) Czułam się niby spokojnie, ale ciało wiedziało swoje. Dziękuję panu, który wraz ze swoją żoną mnie pocieszał i dawał rady jak to przetrwać. Dżem też on musiał otworzyć;)

Między hotelem a startem pamiętam ubikacje, zimno i piękne psy. I cholerną wodę, znowu ją piłam.

Prawie się spóźniłam na start, także nie było czasu na jakieś zastanowienia się, na nic. Jak odliczaliśmy „sześć, pięć, cztery..”, jak Magda życzyła powodzenia, już byłam spokojna i cicha.. „Tylko nie pędzić, tylko nie pędzić” – to jedyne co powtarzałam sobie przez pierwsze kilka kilometrów biegu. Aha, po polsku mówiłam sobie to, Piotrze, po polsku;)

I wyprzedzali mnie te setki i setki osób, dopiero na 6-7 km zobaczyłam obok siebie baloniki na 4.00. Ucieszyłam się że już mam z kim biec, ale już po kilku sekundach wiedziałam ze dla mnie to za szybko, ze nie pobiegnę z nimi. Piotr Pacewicz radził żeby koniecznie z kimś rozmawiać podczas biegu, ale jak tu rozmawiać skoro każdy biegnie szybciej niż ja??;)

Kolejny problem – nienawistne picie: Wojtek mówił: pijemy na każdym przystanku, a ja myślałam: tylko by się nie zachciało do ubikacji. Ale ok., trener mówi pijemy, to pijemy;) pierwszy wodopój, dwa łyka – i prawie bym powiedziała to piękne polskie słowo które mówicie z takim wyczuciem, z takim wyrazistym rrrrrrrrr w środku;) bo właśnie się zachciało;) biegnę dalej, co mam robić..

Dogonił do mnie Łukasz, który też biegł po raz pierwszy i który wymyślił sobie że jak będzie mnie się trzymał to będzie dobrze. Zgubiłam go na którymś z wodopojów (mam nadzieję że jednak dobiegłeś). Potem myła mi się osoby, dużo było takich, co podbiegały i mówiły: „cześć Alena, czytałem was na blogu” czy „jak się biegnie „Gazecie”? Wojtek was trenował, zazdroszczę”;)

Pierwsze okrążenie poszło dobrze, niedobrze było jak zobaczyłam czas – ponad 2h. Jak zwykle nie mogłam się nie uśmiechać kibicom: dzieci, starsze panie i panowie, młodzież. I jak się nie uśmiechać jak ktoś tak szczerze kibicuje, jak nie dziękować jak ktoś krzyczy „brawo dla tej pani”;)

Na pierwszych metrach drugiego okrążenia Małgosia zaliczyła przepiękny sprint, dostarczając gazetowskie chusty (idealnie nadawały się do otarcia potu).

Nie wiem, czy to psychologiczny jakiś moment, czy coś innego, ale drugie okrążenie od samego początku nagle zrobiło się ciężkie. No ale biegniemy;) Kubo, gdzieś tu dołączyłeś do mnie? Uśmiechnięty, wesoły, wmawiał że idealnie trzymam tempo i bez zegarka. Też jego pierwszy raz. Po 26.km powiedział: „więcej jeszcze jednorazowo nie biegałem”. To zobaczymy jak to jest, co będzie się z nami działo;) Nagle poczułam że kręci mi się w głowie, przypomniałam sobie ze chyba mało jadłam i piłam. Na pierwszym przystanku z przerażenia wypiłam porcję wody, porcję izotoniku i  zjadłam połowę bananu. Myślałam że już będzie po mnie, ale jakoś minęło.

Górka w okolicach 30.km tym razem wydawała się tak dłuuuuugą, że aż złość łapała – dlaczego ona się nie kończy!! Ale czekała nagroda: „We are the champions” usłyszeliśmy z głośników. Spokojna, piękna, optymistyczna, ta piosenka zadziałała jak lód na bolące kolana.. Wiem że spowolnialiśmy, ale baloniki z 4.15 jeszcze były gdzieś z tylu. W pewnym momencie stanęłam. I w tą samą sekundę zrozumiałam ze popełniłam błąd. Dogoniłam Kubę, a kilka minut później usłyszeliśmy bieg potwornego tłumu ludzi. „Baloniki!” – krzyknął Kuba, „o nie!” – to byłam ja. Jeszcze prze kilkaset metrów udawało się utrzymać się przed nimi, ale cóż.. Nogi już żyły swoim życiem, ja sobie swoim. Piękne okolice, małe ostrzejsze górki – nic na mnie nie robiło wrażenia. Czułam się urządzeniem do przestawiania tych dwóch kończyn. Wrzucałam w siebie paliwo gdzie się dało, tylko by nie stanąć. Kuba gdzieś się zgubił, ja już reagowałam tylko na żarty kibiców i pacemakerów, co i zmyliło pewnego pana: „ a ty to jak by dopiero co zaczęła biec!” – oświadczył;) Ależ się śmiałam;) Muszę tu zaznaczyć że mam jakąś dolegliwość i śmieję się zawsze;) Koleżanka z HR jak przedstawia przy okazji nowemu pracownikowi, mówi: „ A to Alenka, zakupy. Jak ona przestanie się śmiać, to znaczy że jest w firmie źle”;)  Tylko koleżanka nie wie jeszcze, że jak robi się naprawdę źle, to dopiero zaczyna się ubaw, bo co jeszcze wtedy zostaje??;)

Zagadałam się z panem i pobiegły moje baloniki..”Mozemy przyśpieszyc, jak chcesz” – powiedział życzliwy pan;))))))))) haha! Żebym ja jeszcze miałam na to siły!!!

Na 38-39 km usłyszałam: „ Dawaj, Alena, biegnij, dawaj!!!” – i zobaczyłam moich najwierniejszych kibiców, jadących na metę: Ania, Błażej i jedyna Białorusinka, jaką znam we Wrocławiu -  Palina!! Przyjechaliiii, przyjechali zobaczyć jak dobiegam, przyjechali zabrać resztki po mnie i dostarczyć do domu!! Niesamowite – wypatrzyli mnie wśród tysięcy osób!

Zaczynała się pętla, na drugiej stronie której zobaczyłam Magdę! Była przed balonikami 4.15, biegła spokojnie, pomachała mi ręką…a nogi same pobiegły!

Duch rywalizacji chyba jest niezniszczalny w nas;) Na dodatek zobaczyłam, ze to już meta blisko. Ależ mnie poniosło! Baloniki byli coraz bliżej, jeden z nich zobaczył mnie : „O! Dajesz?!” „Daję!!!”  - darłam się.  „To dawaj tu!!” – dogoniłam ich. „Zostało niecałe dwa kilometry!” – usłyszałam. „to ja biegnę?” „pewnie że biegnij!” I pogoniłam dalej. „Ja z tobą” – jeden z biegaczy dołączył do mnie. „Widzisz tą pani w białych spodenkach? Muszę ją dogonić, ok.?” „OK.”

Madziu, ta pani, to pewnie że ty;) Zaczęło się to co lubię najbardziej – przyśpieszenie, ściganie się na samym końcu, kiedy do mety już kilkaset metrów. Myślałam że jak mnie zobaczysz, jak zobaczysz ze cię wyprzedzam, to z tych biednych naszych ostatnich sił się pościgamy;) ale nie, pokręciłaś głową i nie przyśpieszyłaś.. A ja już takiego nabrałam rozpędu, już mogłam robić duże kroki, już widziałam mete..

I tu  - super niespodzianka całego dnia…meta nie jest tu;))) meta nie jest tam gdzie start, tylko dalej, za zakrętem;)))))

Ja, pusta głowa, totalnie o tym zapomniałam;))))))))))

Myślałam że nie wpiszę się w ten zakręt, biegnę, mijam kolejne osoby, biegnę, biegnę, już zaczyna mi w uszach cos się dziać..a mety nie ma!! „Gdzie ta meta??!!” – drę się do chłopaka którego właśnie mijam. „Nie wiem, chyba gdzieś z przodu!” Katastrofa, sił co raz mniej, ale już sobie wmawiam ze to ostatnie metry. Najgorsze jest to ze tej mety do ostatniego nie widać, nie ma celu przed oczami! Ale już słyszę krzyki ludzi, już widzę bramę, z górki niosłam się tak dużymi krokami, ze się bałam że połamie nogi;)

Zobaczyłam Małgosie, krzyczała jak nie wiem kto!;) z rozpędu wleciałam w pani, która rozdawała róży wszystkim kończącym bieg (przepraszam;))

Pan bez odrobiny sumienia wsadził pod nos mikrofon i zaczął o cos pytać, a ja nie mogłam złapać powietrza! Hehe, oni jeszcze to kręcili na kamerę, wyobrażam sobie ile osób straciło chęć założenia butów sportowych po moich rewelacjach i zwariowanej minie;))) Zdjęcia też robili, także będę miała do kolekcji swoich najbardziej pokręconych min (póki co wygrywa to z mety na 5,2km – klowni odpoczywają!)

Uhhhhhhhhh…zrobiłam to

Radość moja nie miała końca, pragnienie też;) Chyba mój organizm postanowił zachomikować wodę na te ciężkie czasy co nagle nastąpiły, i piłam kubek za kubkiem;)

Kolega Blażej, który kiedyś nie wierzył ze półmaraton pobiegnę poniżej dwóch godzin, a maraton poniżej 4h15min, tym razem za to zapłacił;) nie zdążyli na metę;))

Potem już była szatnia, telefony, smsy, telefony, makaron, piwo z sokiem, hotel, prysznic i padłam. Usnęłam na chwilę, aż przyszli po mnie moje najwierniejsze kibice;) Dziękuję wam bardzo!

Dzięki jeszcze raz tobie, Małgosiu, i tobie, Wojtku..cudowną rzecz wprowadziliście w moje życie..dziekuje pacemakerom na 4.15, którzy jak ma wodopoju zabrakło kubków, i nie chcieli nam dać pić, zażądali całe butelki i biegli z nimi, dając nam się napić, dziękuję wszystkim towarzyszom mojej przygody, każdemu kto kibicował, kto wierzył i kto nie wierzył;) dziękuję też moim nóżkom, bardzo je prosiłam wytrzymać;)

W poniedziałek rano dopadł mnie taki smutek, że to już koniec..ale teraz już wierzę że nie, że jeszcze się zobaczymy, jeszcze pobiegniemy razem;)

Fantastyczne to życie jest;)))

20:42, alena.shumchyk , Alena Shumchyk
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16